Sens przeżuwania
Chyba pełnia dziś. Taki księżyc. Ale ja tu nie o księżycu, bo się zaraz rozkleję, tylko o żołądku. Na ziemię trzeba wrócić. Żołądek to zadziwiająca rzecz. Jak jest dobrze, mieści się w nim wszystko. I mu nie jest wszystko jedno. Kanapeczka z łososiem, kawka z mlekiem, korpo-lancz w full opcji, a wieczorem ta przy świecach kolacja i morze wina. I jeszcze deser, koniecznie coś słodkiego, skrzętnie ukrytego na górnej półce. I dwa drinki, albo podwójny baileys‘ik. A jak źle, jak teraz, nie mieści się nic. W ogóle się żołądkowi w jego żołądkowym rozumowaniu nie mieści, że jedzenie czegokolwiek ma jakikolwiek sens. A już na pewno nie kanapeczek. Tym bardziej że bazarkowego łososia brak. Moja dieta ogranicza się do czekoladowego mleka. Prosto z pojemnika. Świetnie, i jak zdrowo! Nie będę pisać zbyt wiele o parówce na zimno, bo o tym to akurat wstyd. A więc czekoladowe mleko, kanapka obojętnie-z-czym od pana z kanapkami, i korpo-lancz. Bo, jak mówi Józek, niczego chyba w życiu oprócz korpo-lanczu nie można być pewnym. A na korpo-lancz właściwie tylko korpo-zupa „u pedałów“, bo żuć nie trzeba bezsensownie. No i na kolację dzoburowka z jabłkiem. Nie wzrusza mnie nic. Ani ciemne pieczywo z avocado, ani ukochane susi, ani nawet najulubieńsze morskie potwory typu krewetka. Jem żeby przeżyć i się nie potykać. I tu – ironia losu. Bo jak jest dobrze i się człowiek chce podobać, a być jednocześnie podniebiennie usatysfakcjonowany, a zarazem piękny i szczupły, to trudność. A jak jest źle i się człowiek nie musi podobać nikomu, to się robi szczupły czy chce czy nie chce. Tylko nikt już nie podziwia smukłej talii, a koleżanki pytają z wyrzutem: Zarębska! Czy ty w ogóle jesz??? Trzy kilo w trzy tygodnie, dieta cud. Nikomu nie polecam.
Chyba pełnia dziś. Taki księżyc. Ale ja tu nie o księżycu, bo się zaraz rozkleję, tylko o żołądku. Na ziemię trzeba wrócić. Żołądek to zadziwiająca rzecz. Jak jest dobrze, mieści się w nim wszystko. I mu nie jest wszystko jedno. Kanapeczka z łososiem, kawka z mlekiem, korpo-lancz w full opcji, a wieczorem ta przy świecach kolacja i morze wina. I jeszcze deser, koniecznie coś słodkiego, skrzętnie ukrytego na górnej półce. I dwa drinki, albo podwójny baileys‘ik. A jak źle, jak teraz, nie mieści się nic. W ogóle się żołądkowi w jego żołądkowym rozumowaniu nie mieści, że jedzenie czegokolwiek ma jakikolwiek sens. A już na pewno nie kanapeczek. Tym bardziej że bazarkowego łososia brak. Moja dieta ogranicza się do czekoladowego mleka. Prosto z pojemnika. Świetnie, i jak zdrowo! Nie będę pisać zbyt wiele o parówce na zimno, bo o tym to akurat wstyd. A więc czekoladowe mleko, kanapka obojętnie-z-czym od pana z kanapkami, i korpo-lancz. Bo, jak mówi Józek, niczego chyba w życiu oprócz korpo-lanczu nie można być pewnym. A na korpo-lancz właściwie tylko korpo-zupa „u pedałów“, bo żuć nie trzeba bezsensownie. No i na kolację dzoburowka z jabłkiem. Nie wzrusza mnie nic. Ani ciemne pieczywo z avocado, ani ukochane susi, ani nawet najulubieńsze morskie potwory typu krewetka. Jem żeby przeżyć i się nie potykać. I tu – ironia losu. Bo jak jest dobrze i się człowiek chce podobać, a być jednocześnie podniebiennie usatysfakcjonowany, a zarazem piękny i szczupły, to trudność. A jak jest źle i się człowiek nie musi podobać nikomu, to się robi szczupły czy chce czy nie chce. Tylko nikt już nie podziwia smukłej talii, a koleżanki pytają z wyrzutem: Zarębska! Czy ty w ogóle jesz??? Trzy kilo w trzy tygodnie, dieta cud. Nikomu nie polecam.

