Wednesday, January 23, 2008

Sens przeżuwania

Chyba pełnia dziś. Taki księżyc. Ale ja tu nie o księżycu, bo się zaraz rozkleję, tylko o żołądku. Na ziemię trzeba wrócić. Żołądek to zadziwiająca rzecz. Jak jest dobrze, mieści się w nim wszystko. I mu nie jest wszystko jedno. Kanapeczka z łososiem, kawka z mlekiem, korpo-lancz w full opcji, a wieczorem ta przy świecach kolacja i morze wina. I jeszcze deser, koniecznie coś słodkiego, skrzętnie ukrytego na górnej półce. I dwa drinki, albo podwójny baileys‘ik. A jak źle, jak teraz, nie mieści się nic. W ogóle się żołądkowi w jego żołądkowym rozumowaniu nie mieści, że jedzenie czegokolwiek ma jakikolwiek sens. A już na pewno nie kanapeczek. Tym bardziej że bazarkowego łososia brak. Moja dieta ogranicza się do czekoladowego mleka. Prosto z pojemnika. Świetnie, i jak zdrowo! Nie będę pisać zbyt wiele o parówce na zimno, bo o tym to akurat wstyd. A więc czekoladowe mleko, kanapka obojętnie-z-czym od pana z kanapkami, i korpo-lancz. Bo, jak mówi Józek, niczego chyba w życiu oprócz korpo-lanczu nie można być pewnym. A na korpo-lancz właściwie tylko korpo-zupa „u pedałów“, bo żuć nie trzeba bezsensownie. No i na kolację dzoburowka z jabłkiem. Nie wzrusza mnie nic. Ani ciemne pieczywo z avocado, ani ukochane susi, ani nawet najulubieńsze morskie potwory typu krewetka. Jem żeby przeżyć i się nie potykać. I tu – ironia losu. Bo jak jest dobrze i się człowiek chce podobać, a być jednocześnie podniebiennie usatysfakcjonowany, a zarazem piękny i szczupły, to trudność. A jak jest źle i się człowiek nie musi podobać nikomu, to się robi szczupły czy chce czy nie chce. Tylko nikt już nie podziwia smukłej talii, a koleżanki pytają z wyrzutem: Zarębska! Czy ty w ogóle jesz??? Trzy kilo w trzy tygodnie, dieta cud. Nikomu nie polecam.

Monday, January 21, 2008



Teraz ja, sama. Ja sama tu piszę. Czas to ściera, napisano tu kiedyś. Taki czas jak ten, może człowieka zetrzeć w drobny mak. A może zetrzeć z człowieka to wszystko, co boli, co jest nie tak, co nie powinno siedzieć w nim. Zależy jak podejść do czasu takiego jak ten. Można go wykorzystać, albo wykorzystać przeciwko sobie. Ja postanowiłam się z tym czasem tymczasem dogadać. Choć to taki kurwa ciężki czas. Próbuje go okiełznać, a jednocześnie dać mu płynąć. Zorganizować, a z drugiej strony pozwolić działać, jak to tylko czas potrafi. Kusi mnie, żeby oszukać czas. Żeby z nim walczyć może. Bo tego czasu nie chce, nie lubię, bo mnie dobija ten czas. Ale walka z czasem, czy ma sens? Na wszystko przychodzi czas. I na wygraną też kiedyś przyjdzie.

Na razie wypełniam czas jak mogę, Choć czasami nieubłagane minuty ciągną się w nieskończoność. Minuty tego cholernie ciężkiego czasu. Patrzę w lustro i szukam jego piętna. I przywołuję ten czas, kiedy było dobrze. Stare dobre czasy. A czas płynie. Do przodu, nie w tył, niestety, cofnąć się go nie da. Boże, ile ja mam teraz czasu. Niedziela zdecydowanie za długo trwa. Więc wypełniam czas planami, marzeniami, sobą, cokolwiek by się miało zdarzyć. Trzeba do przodu, nie wstecz. Nie tracę wiary. Ani, mam nadzieję, czasu. Teraz ja.